Wystawa Zdzisława BeksińskiegoWystawa prac Zdzisława Beksińskiego w warszawskim Muzeum Archidiecezjalnym cieszy się taką popularnością, że organizatorzy zdecydowali się przedłużyć jej czas trwania do końca czerwca. Ci, którzy pamiętają malarstwo Beksińskiego z lat siedemdziesiątych - czasów, w których najczęściej można było oglądać jego obrazy nie będą zaskoczeni tą ekspozycją. Styl który artysta wypracował wówczas nie uległ do dziś żadnym radykalnym przekształceniom. Widz w dalszym ciągu epatowany jest koszmarkami utrzymanymi w poetyce filmów o zombich. Niezliczone palce stające się pajęczyną, warstwy skóry odstające i ukazujące następne niestarannie pozszywane cielesne powłoki, albo ludzie - kamienie tworzą obsesyjnie powielany repertuar jego wyobrażeń. Stwierdzenie, że Beksiński maluje kicze nie oddaje istoty problemu jakim jest jego sztuka. Ma on swoich zagorzałych wielbicieli, którzy wszelkie próby dyskredytowania jego wartości będą uważać za spisek powodowany niskimi pobudkami. Zwłaszcza, że wystawa w Muzeum Archidiecezjalnym może robić wrażenie. Umiejętna aranżacja, odpowiedni dobór obrazów sprawiają, że wzrok błądząc po jego płótnach nie doznaje znużenia. Beksiński doskonale wyczuł tęsknotę za niesamowitością, która w kinie raczej niż w malarstwie znajduje dzisiaj zaspokojenie. Wybrał konwencję nawiązującą do XIX wiecznego malarstwa symbolistycznego, lecz tego w najbardziej pospolitym gatunku. Zaczątków charakterystycznej dla Beksińskiego deformacji ludzkiej postaci możemy się dopatrzyć w obrazach Stewarta Merilla. Chorobliwie wychudzone kobiety - swego rodzaju femmes fatales hipnotyzowały w nich swymi ogromnymi oczami tak jak bohaterowie płócien Beksińskiego. Twórca zaczyna już jednak odczuwać, że wybrana konwencja traci swą nośność stąd obecne próby jej częściowej modyfikacji. Jeden z ostatnich obrazów dziwnie przypomina dziecięce twarze Stasysa. Z dzisiejszej perspektywy bardziej intrygujący niż sama twórczość artysty jest fenomen jej odbioru i popularności. W wystawionej księdze z wycinkami z prasy znalazł się katalog urządzonej w 1975 roku wystawy trzydziestu dzieł na trzydziestolecie PRL. Dwudziestu najznamienitszych polskich krytyków wzięło udział w plebiscycie, w którym największe uznanie zdobył właśnie Beksiński. Zdystansował on zdecydowanie takich artystów jak Jarema, Brzozowski czy Tchórzewski co świadczy o rozmiarach jego popularności i to nie wśród osób o niewyrobionym guście, lecz wśród specjalistów powołanych do wydawania rozważnych sądów w kwestiach smaku. Ciekawe ilu z biorących w tej ankiecie udział krytyków podtrzymałoby dziś swój ówczesny sąd. Ta spektakularna wpadka świadczy o tym, że nie tylko w czasach socrealizmu wygłaszano poglądy, do których teraz nikt nie ma raczej ochoty się przyznawać. We wspomnianej księdze znalazł się jeszcze jeden intrygujący dowód niesłabnącego zainteresowania twórczością artysty - bogato ilustrowany, kilkustronnicowy artykuł opublikowany niedawno w piśmie Penthouse. [...] | |