Drobiazgi na kominkuJeżeli można mówić o dominacji jednych postaw psychicznych nad innymi w różnych okresach historycznych, to koniec wieku XIX należałoby uznać za czas introspekcji. Dla wielu mikrokosmos znów stał się istotniejszy niż świat zewnętrzny. Stąd ponowna kariera chrześcijańskiej mistyki, czytanej raz z nabożnym przejęciem, kiedy indziej w duchu iście lucyferycznym. Mnożącym się "izmom" politycznym, znajdującym zaślepionych wizją nieuchronności nowego raju zwolenników, którzy ze scholastyczną skrupulatnością wprowadzali dalsze rozróżnienia, można było przeciwstawić swoją rezygnację, niechęć do mrówczej krzątaniny społeczeństwa, ideał sztuki kształtującej całe życie człowieka i dekadencki kult przeżyć estetycznych. Metafory wnętrza wyrażające stany ducha osiągnęły wówczas popularność w poezji oraz w sztukach przedstawiających. Tonące w półmroku pokoje, w których kontury przedmiotów po leonardowsku zmiękcza "zwycięska mgła" tak jak portrety dawały możliwość studium psychiki, w którym największą wagę przywiązywano do najsłabszych drgnień duszy. Ton tryumfował nad kolorem. Dążenie do osiągnięcia harmonii muzycznej obrazu było jednym z najsilniejszych pragnień ówczesnych twórców (Whistler najszerzej rozpropagował tę postawę, ale nie on jeden był jej zwolennikiem). Muzyka Chopina odegrała w Polsce podobną rolę w rozwoju sztuk przedstawiających, jak muzyka Wagnera w Niemczech i Francji. Pragnienie stworzenia dzieła przekraczającego ograniczenia poszczególnych rodzajów sztuki znalazło wyraz w dążeniu do zawarcia w malarstwie, literaturze i poezji jakości muzycznych. Tak pojmowali związki muzyki z innymi sztukami już Schopenhauer i Baudelaire. Lapidarnie ujął podobną myśl Walter Pater, według niego "Każda sztuka bezustannie dąży ku kondycji muzyki." Aby nasycić dźwiękiem ukazane wnętrza, przedstawiano w nich nieraz osoby w trakcie gry, zwykle na fortepianie. Kiedy indziej nic zdaje się nie mącić ciszy panującej w Salonie. Pozornie przypadkowy układ przedmiotów jest w rzeczywistości ściśle przemyślany, trochę tak jak rozmieszczenie drzew i krzewów w ogrodzie angielskim. Wielu ówczesnych artystów mogłoby powiedzieć za Maeterlinckiem: "Piękna rzecz nie umiera, czegokolwiek nie oczyściwszy. Nie ma piękna, któreby zginąć mogło. Nie trzeba obawiać się rozsiewać go po drogach...". Maska wśród książek, efektowny bibelot, może stać się początkiem ciągu nieoczekiwanych skojarzeń. Jej zamknięte oczy, jak we śnie, przywołują mistyczną atmosferę. Sen i cisza nabierają niezwykłej ważności. "Ona mówi: Hałas sprawia mi ból, zamknijcie okna" (Georges Rodenbach). Artystom końca wieku udaje się wyrazić przy tym pewną istotną prawdę. Bachelard mówił, że najważniejszą cechą domu jest to, iż jest on "miejscem marzeń", a także "miejscem samotności" niezbędnej dla rozwoju osobowości. Tej wizji pozytywnej towarzyszyła bolesna świadomość ograniczeń. Duszą Salonu jest kobieta, ukazywana czasem w trakcie typowych zajęć, które zdają się już tylko maskować nudę. Życie Salonu łączące się z odległą epoką jego XVIII-wiecznej świetności toczy się jeszcze na zasadzie inercji, lecz w rzeczywistości konwenans więcej w nim znaczy niż prawda uczuć i przeżyć. "- To bez wątpienia najpiękniejsze - twierdzili panowie. - I najprzyzwoitsze - dodawały damy - nieznacznie zasłaniając usta w ziewaniu." (słowa uczestników balu którzy poszli drogą Do Salonu w utworze Micińskiego "Mene-Mene-Thekel-Upharisim"). Wśród metafor domu szpital i cieplarnia uzyskują szczególną popularność. U Maeterlincka (i u Boznańskiej) mała dziewczynka jest kwiatem wyrosłym w niezdrowej atmosferze, od której nie ma ucieczki. Pesymizm i poczucie bezsilności muszą zatryumfować nad wiarą w odrodzenie życia w sztuce. | |