,,Ogień niestrzeżony''

W końcu stycznia w Muzeum Sztuki w Łodzi otwarto niecodzienną wystawę zatytułowaną "Ogień niestrzeżony. Pracownie malarzy polskich XIX i początku XX wieku". Pierwsza część tego projektu prezentowana była w '91 roku. Temat w ten sposób sformułowany jest tak rozległy, że niemożliwa byłaby jakakolwiek wyczerpująca jego prezentacja w ramach jednej ekspozycji. Marta Ertman, autorka scenariusza wystawy potraktowała go ze swobodą i dużą dozą wyobraźni. Prezentując "materialne" składniki warsztatu artysty takie jak na przykład przypominającą konstrukcje Kantora, poruszającą się po szynach sztalugę Wyczółkowskiego i inne jego malarskie utensylia, nie pominęła jego składników "idealnych". Elementem łączącym były obrazy z cyklu Piotra Stachiewicza "Widma w pracowni". Wiele malowideł w alegoryczny sposób przedstawiało źródła malarskich natchnień. W obrazie malarza realistycznego, jakim był Czesław Tański był to tłum postaci z ulicy. U Malczewskiego zaś, naga modelka ze skrzydłami ważki domalowanymi pewnie tylko dla odrealnienia jej zbyt ziemskich kształtów, lub drapieżna harpia czyhająca na duszę malarza. Na wystawie znalazły się też prace mówiące o walce artysty z niesprawiedliwą krytyką i nierozumiejącą publicznością. Dziewiętnastowiecznych twórców nie opuszczała obsesja śmierci o czym świadczą płótna nie tylko Wawrzenieckiego, którego sadystyczne wizje bawią dziś bardziej niż szokują, lecz również twórców takich jak Andrychiewicz czy Malczewski. Zapomniany obraz Andrychiewicza Śmierć artysty - ostatni przyjaciel był pierwszym obrazem w katalogu i ostatnim na wystawie. W małej salce, w której zawisł ustawiono łóżko zasłane białym prześcieradłem, na którym leżały porzucone skrzypce (na obrazie Andrychiewicza gra na nich śmierć - tytułowy ostatni przyjaciel). Taki "mimetyzm wystawienniczy" w innej sytuacji musiałby wydać się nieznośny, ale w Łodzi - mieście, w którym ilość stylów pojawiających się na fasadach pałaców zależała tylko od kieszeni inwestora, był jak najbardziej na miejscu.

Nie ma sensu wymienianie twórców i obrazów, które powinny się na wystawie o tak sformułowanym tytule pojawić. Zaprezentowany wybór dzieł mógł być tylko jednym z wielu możliwych. Sposób prezentacji zdradzał, że autorce nie zależało na bezosobowej, "naukowej" prezentacji wykorzystującej autorytet muzealnej instytucji dla zdobycia zgody publiczności na zaprezentowaną wizję. Obrazy, rzeźba, przybory malarskie i inne rekwizyty posłużyły do stworzenia instalacji, która sama w sobie była dziełem sztuki. Eksponaty nie posiadały objaśniających podpisów, lecz jedynie numery wymalowane na przyczepionych obok nich kawałkach płótna. Informację o obrazie można było znaleźć w informacyjnym folderze. Aby pogłębić iluzję wizyty w pracowni artysty, obrazy powieszone na ścianach zostały w wielu wypadkach pozbawione ram. W kątach sal stały na stertach odwrócone tyłem inne dzieła, którym nie dane było zawisnąć na ścianach.

Ta dziwna przestrzeń mająca przypominać pracownię artysty może być odczytana również jako pracownia historyka sztuki, który porównuje ze sobą różne dzieła bardzo od siebie odległe. Wyjmuje znane obrazy z ram-skojarzeń, do których wszyscy już przyzwyczaili. Wiesza je obok dzieł, z którymi nikt inny by ich nie zestawił. Kolekcjonuje także narzędzia malarskie, aby dowiedzieć się więcej o tym jak powstaje obraz. Obrazy stojące pod ścianą to magazyn, nie odwiedzany przez widzów i krytyków. Historyk sztuki może kiedyś do niego sięgnie, aby przyjrzeć się znajdującym się tam pracom w innym zestawie, który kiedyś skonstruuje.

W pewnym momencie widz zaczyna się zastanawiać czy chodzi o poszukiwanie znaczeń istniejących w dziełach czy o ich produkcję. Przekonanie o wieloznaczności czy "polisemii" jako o istotnej jakości dzieł sztuki zdobywa sobie coraz więcej zwolenników. Znaczenie według takiej koncepcji w równym stopniu zależy od dzieła, co od widza. A także od krytyka, lub historyka sztuki, który przy pomocy stojących do jego dyspozycji instrumentów kieruje naszą uwagę na wybrane kwestie.

O tym jak istotne znaczenie dla odbioru obrazu ma kontekst w jakim się znalazł można było się przekonać w wypadku obrazu Ludwika de Laveaux Morze / Zachód słońca. W zestawieniu z portretami artystów z muzami i wizerunkami ich odpychającego otoczenia zalśnił on niezwykłym blaskiem, stając się niemal doskonałym ucieleśnieniem ideału sztuki, jakiego wszyscy ci twórcy (bezskutecznie ?) poszukiwali. W innym towarzystwie nie wydałby się tak odkrywczy i śmiały.

Ekspozycja w Łodzi zmuszała widza do ciągłego poszukiwania wspólnych wątków i wzajemnych odniesień oglądanych dzieł, jakie starał się wydobyć autor ekspozycji. Wielka szkoda, że tak nietypowa prezentacja dzieł do których zdążyliśmy się już dawno przyzwyczaić i innych, zupełnie zapomnianych nie wywołała prawie żadnej dyskusji.