Wystawa Marioli Przyjemskiej w CSWKwestia stosunku artysty do otaczającej rzeczywistości wydaje się być jednym z najważniejszych problemów w sztuce nie tylko współczesnej. Spotkać w niej można całe spektrum postaw twórczych, od całkowitego zamknięcia się w swoim wnętrzu do werystycznego odtwarzania otoczenia. Mariola Przyjemska wzorem artystów takich jak na przykład Cindy Sherman czy Andres Serrano zastosowała wielkoformatową fotografię dla ukazania jej wąskiego wycinka. Wystawa na Zamku Ujazdowskim prezentuje zdjęcia metek z jej liczącej kilka tysięcy sztuk kolekcji. Niewielu artystom udaje się przy pomocy swoich dzieł spowodować, że oglądający je ludzie po zobaczeniu wystawy zaczną patrzeć na otaczający świat w inny sposób. Autorka kieruje naszą uwagę na przedmiot tak codzienny i tak nam bliski, że pozostający poza zasięgiem uwagi. Rola metki ujawnia się tylko w specjalnych sytuacjach, gdy kupujemy oznaczoną przy jej pomocy odzież, lub gdy chcemy się pochwalić jej godnym zazdrości pochodzeniem. Okazuje się, że metka może być nie tylko certyfikatem pochodzenia, ale źródłem wielu intrygujących obserwacji. Jednak bezosobowa dokumentacja tego problemu byłaby odpowiednia bardziej dla Muzeum Etnograficznego, niż miejsca przeznaczonego na wystawy sztuki. Artystka w pełen ironii sposób dobiera tematy charakteryzujące otaczający świat. Otwierająca wystawę praca Russian influences przedstawia metkę z czerwoną gwiazdą. Sfera religii reprezentowana jest przez metkę z napisem "Madonna", na której przedstawiono zarys Matki Bożej z Dzieciątkiem. Praca pod tytułem Harlem ze złowieszczym czarnym orłem przypominającym hitlerowską "wronę" odwołuje się do problematyki społecznej. Sztuka również istnieje w świecie metek. Wystarczy spojrzeć na odwrotną stronę jednej z nich, aby zauważyć Obraz abstrakcyjny. Najpiękniejsza dla mnie praca to Giorgio, rzeczywiście w pewien sposób przypominająca obraz Giorgio de Chirico. W tej niemal zbyt oczywistej alegorii losu kultury śródziemnomorskiej fragment kolumny z kapitelem tonie wśród kolorowych fal mogących symbolizować chaos współczesności. Nienagannie wykonanym fotografiom towarzyszą oryginalne metki zatopione w przezroczystym plastiku. Wystawa już od momentu jej otwarcia budzi szereg kontrowersji. Wojciech Cesarski w recenzji zamieszczonej w "Gazecie Stołecznej" (nr 74 z 28.03.1995) zarzucił artystce schlebianie gustom elit kapitału "o 'awangardowych' gustach", zaś kierownictwu Centrum Sztuki Współczesnej przypisał intencję przkształcenia "Centrum Sztuki Współczesnej w biuro promocji nowoczesnej galanterii artystycznej". Według autora recenzji prace Przyjemskiej "są wyprane z jakichkolwiek treści ideowych, niczego nie chwalą I NICZEGO NIE POTĘPIAJĄ" (pisownia oryginalna). Dość dawno już nie domagano się, aby artyści w swoich dziełach chwalili i potępiali. Pozostaje mieć nadzieję, że apel ten nie wywoła oddźwięku wśród twórców. Trudno spodziewać się nagłego odrodzenia socrealizmu. Jeśli chodzi o brak treści ideowych w zaprezentowanych pracach, to mam nadzieję, że uwagi przedstawione powyżej świadczą o czymś wręcz przeciwnym. Najgroźniejsze i najbardziej absurdalne wydaje się oskarżanie autorki o przypuszczalną chęć sprzedaży swoich prac. Tak jakby prawdziwym artystą mógłby być tylko ten, którego prac nikt nie chce kupić. Komercjalizacja sztuki jest problemem istotnym, nie mam zamiaru twierdzić że taka kwestia nie istnieje. Lecz polega ona na czymś zupełnie innym niż wydaje się panu Cesarskiemu. Wielu, jeśli nie większość, absolwentów uczelni artystycznych po ich ukończeniu rozpoczyna pracę w firmach reklamowych, w których ich twórczość jest ograniczana przez rynek, klienta, ekspertów od marketingu i całą skomplikowaną strukturę instytucji o takim charakterze. Opisanie tego zjawiska byłoby niewątpliwie bardziej pożyteczne niż dezawuowanie Centrum Sztuki Współczesnej, którego znaczenie dla sztuki polskiej trudno przecenić. Miejmy nadzieję, że mimo wszystko ten pełen złośliwości tekst odegra również rolę pozytywną i zwiększy zainteresowanie pracami, które z pewnością na nie zasługują. | |